of 6/6
6 DEBATA Numer 3 (54) 2012 T ego dnia, wieczorem, w moko- towskim więzieniu prokurator Jakub Lubowski (Chaszesman) odczytał sekwencję wyroku śmierci wo- bec majora Wojska Polskiego, oficera 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich, do- wódcy V Brygady Wileńskiej AK, dwu- krotnego Kawalera Krzyża Virtuti Milita- ri, Zygmunta Szendzielarza, pseudonim „Łupaszko” i zarządził egzekucję. Komu- nistyczni zbrodniarze zmusili majora, by pochylił się do przodu – chcieli by dojrzał jeszcze przed śmiercią ciała zamordowa- nych przed chwilą trzech swoich kole- gów: kpt. Henryka Borowego – Borow- skiego ps. „Trzmiel”, Okręg Wileński AK, ppor. Lucjana Minkiewicza ps. „Wik- tor”, dowódcy 6 Brygady Wileńskiej AK, ppłk. Antoniego Olechnowicza ps. „Po- horecki”, Komendanta Okręgu Wileń- skiego AK. Dowódcy plutonu egzeku- cyjnego, Adamowi Drejowi, nawet nie drgnęła ręka. Miał już wyćwiczone strza- ły w potylicę. W protokole odnotowano, że wyrok został wykonany o godzinie 20.15. Adam Drej, seryjny morderca, do końca swoich dni (zmarł kilka lat temu w Warszawie) pobierał emeryturę dla szczególnie zasłużonych. W latach 1944– –1956 tylko w więzieniu przy Rakowiec- kiej stracono ponad tysiąc polskich pa- triotów. Na pożółkłych fotografiach uśmiech- nięci chłopcy w polskich mundurach V Brygady Wileńskiej Armii Krajowej. Święcie wierzyli, że wywalczą Polskę nie- podległą i „czystą jak łza”. O takiej Polsce śpiewali, marzyli, o taką modlili się. Pod- pisy pod fotografiami: rok 1945, 1946, 1947, Bory Tucholskie, Pomorze, Biało- „Basia” znad Naroczy nie opłakała ich Elektra nie pogrzebała Antygona Zbigniew Herbert Wilki Ósmego lutego 1951 roku wileńskie rojsty pokryte były kopiastym śniegiem. Gruba warstwa lodu skuła okoliczne jeziora, również jezioro Narocz, największe z polskich jezior Drugiej Rzeczypospolitej. Dzień był ciemny i krótki. W matecz- niku wileńskich żołnierzy panowała cisza. DARIUSZ JAROSIńSKI stocczyzna, Warmia, Podlasie, Mazury. Żołnierze dwukrotnie zabici – najpierw przez oprawców komunistycznych, a później przez służalczych propagandy- stów tworzących ich czarną legendę. Pa- mięć o bohaterskim majorze Szendziela- rzu i jego żołnierzach z trudem przebija się przez komunistyczne kłamstwa do świadomości historycznej Polaków. Nad Naroczą Wanda Bortkiewicz, z domu Czy- żewska, pseudonim „Basia”, „Barbara Zakrzewska” przeszła drogę żołnierzy, których na początku lat 90. członkowie antykomunistycznej Ligi Republikań- skiej nazwali „wyklętymi”. Była żołnie- rzem legendarnych oddziałów Polskiego Państwa Podziemnego – pierwszego od- działu partyzanckiego Armii Krajowej na Wileńszczyźnie dowodzonego przez Antoniego Burzyńskiego ps. „Kmicic”, a potem V Brygady Wileńskiej AK do- wodzonej przez Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszko”, uczestniczka konspiracji antykomunistycznej, więziona w olsz- tyńskim więzieniu. Sanitariuszka, pielę- gniarka, łączniczka. Od pięćdziesięciu lat mieszka w Ostródzie. Taki to już chyba los tych wspania- łych sanitariuszek, że historia rzadko o nich napomyka, częściej pisze się o ich dowódcach, aniżeli o nich. Pani Wanda Bortkiewicz odmówiła po roku 1989 przyjęcia jakichkolwiek apanaży dla kombatantów. Uznała, że inni są bardziej potrzebujący. Wanda Czyżewska pochodzi z kre- sowej rodziny ziemiańskiej, inteligenc- kiej, w chwili wybuchu wojny mieszkała z rodzicami w majątku Krynica w gminie Norzyca w powiecie Postawy wojewódz- two wileńskie. Była uczennicą IV kla- sy Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Święcianach, to m.in. z tego gim- nazjum, ale i z wielu innych, chłopcy i dziewczęta z pobliskich zaścianków, wiosek, miasteczek poszli niemal prosto z ławek szkolnych do tworzących się od- działów Armii Krajowej. To było pierw- sze pokolenie wychowane w niepodległej II Rzeczypospolitej, dla którego obrona ojczyzny była sprawą oczywistą, nikt nie musiał ich do tego namawiać, prze- konywać. Wanda należała przed wojną do Sodalicji Mariańskiej, do harcerstwa; oprócz rodziny, szkoły, takie organizacje, stowarzyszenia formowały patriotycznie polską młodzież na Kresach. Rodzice obawiali się, że Wanda może zostać wywieziona na roboty do Nie- miec, więc wysłali ją do pobliskiego mia- steczka Duniłowicze. Tam ojciec chrzest- ny Wandy prowadził szpital, do południa Łodzie na brzegu jeziora Narocz

„Basia” znad naroczybortkiewicz.pl/wp-content/uploads/2018/08/debata_o_Basi.pdf„Basia” znad naroczy nie opłakała ich Elektra nie pogrzebała Antygona Zbigniew Herbert Wilki

  • View
    1

  • Download
    0

Embed Size (px)

Text of „Basia” znad naroczybortkiewicz.pl/wp-content/uploads/2018/08/debata_o_Basi.pdf„Basia” znad...

  • 6 DEBATA Numer 3 (54) 2012

    Tego dnia, wieczorem, w moko-towskim więzieniu prokurator Jakub Lubowski (Chaszesman) odczytał sekwencję wyroku śmierci wo-bec majora Wojska Polskiego, oficera 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich, do-wódcy V Brygady Wileńskiej AK, dwu-krotnego Kawalera Krzyża Virtuti Milita-ri, Zygmunta Szendzielarza, pseudonim „Łupaszko” i zarządził egzekucję. Komu-nistyczni zbrodniarze zmusili majora, by pochylił się do przodu – chcieli by dojrzał jeszcze przed śmiercią ciała zamordowa-nych przed chwilą trzech swoich kole-gów: kpt. Henryka Borowego – Borow-skiego ps. „Trzmiel”, Okręg Wileński AK, ppor. Lucjana Minkiewicza ps. „Wik-tor”, dowódcy 6 Brygady Wileńskiej AK, ppłk. Antoniego Olechnowicza ps. „Po-horecki”, Komendanta Okręgu Wileń-skiego AK. Dowódcy plutonu egzeku-cyjnego, Adamowi Drejowi, nawet nie drgnęła ręka. Miał już wyćwiczone strza-ły w potylicę. W protokole odnotowano, że wyrok został wykonany o godzinie 20.15.

    Adam Drej, seryjny morderca, do końca swoich dni (zmarł kilka lat temu w Warszawie) pobierał emeryturę dla szczególnie zasłużonych. W latach 1944– –1956 tylko w więzieniu przy Rakowiec-kiej stracono ponad tysiąc polskich pa-triotów.

    Na pożółkłych fotografiach uśmiech-nięci chłopcy w polskich mundurach V Brygady Wileńskiej Armii Krajowej. Święcie wierzyli, że wywalczą Polskę nie-podległą i „czystą jak łza”. O takiej Polsce śpiewali, marzyli, o taką modlili się. Pod-pisy pod fotografiami: rok 1945, 1946, 1947, Bory Tucholskie, Pomorze, Biało-

    „Basia” znad naroczy

    nie opłakała ich Elektranie pogrzebała Antygona

    Zbigniew Herbert Wilki

    Ósmego lutego 1951 roku wileńskie rojsty pokryte były kopiastym śniegiem. gruba warstwa lodu skuła okoliczne jeziora, również jezioro narocz, największe z polskich jezior drugiej Rzeczypospolitej. dzień był ciemny i krótki. W matecz-niku wileńskich żołnierzy panowała cisza.

    daRIUSZ JaRoSIńSKI

    stocczyzna, Warmia, Podlasie, Mazury. Żołnierze dwukrotnie zabici – najpierw przez oprawców komunistycznych, a później przez służalczych propagandy-stów tworzących ich czarną legendę. Pa-mięć o bohaterskim majorze Szendziela-rzu i jego żołnierzach z trudem przebija się przez komunistyczne kłamstwa do świadomości historycznej Polaków.

    nad naroczą

    Wanda Bortkiewicz, z domu Czy-żewska, pseudonim „Basia”, „Barbara Zakrzewska” przeszła drogę żołnierzy, których na początku lat 90. członkowie antykomunistycznej Ligi Republikań-skiej nazwali „wyklętymi”. Była żołnie-rzem legendarnych oddziałów Polskiego Państwa Podziemnego – pierwszego od-działu partyzanckiego Armii Krajowej

    na Wileńszczyźnie dowodzonego przez Antoniego Burzyńskiego ps. „Kmicic”, a potem V Brygady Wileńskiej AK do-wodzonej przez Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszko”, uczestniczka konspiracji antykomunistycznej, więziona w olsz-tyńskim więzieniu. Sanitariuszka, pielę-gniarka, łączniczka. Od pięćdziesięciu lat mieszka w Ostródzie.

    Taki to już chyba los tych wspania-łych sanitariuszek, że historia rzadko o nich napomyka, częściej pisze się o ich dowódcach, aniżeli o nich. Pani Wanda Bortkiewicz odmówiła po roku 1989 przyjęcia jakichkolwiek apanaży dla kombatantów. Uznała, że inni są bardziej potrzebujący.

    Wanda Czyżewska pochodzi z kre-sowej rodziny ziemiańskiej, inteligenc-kiej, w chwili wybuchu wojny mieszkała z rodzicami w majątku Krynica w gminie Norzyca w powiecie Postawy wojewódz-two wileńskie. Była uczennicą IV kla-sy Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Święcianach, to m.in. z tego gim-nazjum, ale i z wielu innych, chłopcy i dziewczęta z pobliskich zaścianków, wiosek, miasteczek poszli niemal prosto z ławek szkolnych do tworzących się od-działów Armii Krajowej. To było pierw-sze pokolenie wychowane w niepodległej II Rzeczypospolitej, dla którego obrona ojczyzny była sprawą oczywistą, nikt nie musiał ich do tego namawiać, prze-konywać. Wanda należała przed wojną do Sodalicji Mariańskiej, do harcerstwa; oprócz rodziny, szkoły, takie organizacje, stowarzyszenia formowały patriotycznie polską młodzież na Kresach.

    Rodzice obawiali się, że Wanda może zostać wywieziona na roboty do Nie-miec, więc wysłali ją do pobliskiego mia-steczka Duniłowicze. Tam ojciec chrzest-ny Wandy prowadził szpital, do południa

    Łodzie na brzegu jeziora Narocz

  • 7DEBATA Numer 3 (54) 2012

    dziewczyna była urzędniczką, a po połu-dniu pielęgniarką. O buchalterii nie mia-ła zielonego pojęcia, i nie miała do niej serca, za to praca na oddziale, z chorymi dawała jej dużą satysfakcję. Mieszkała na stancji u pani Alicji Malec. Powoli szu-kała kontaktów z siatką konspiracyjną, bo docierały do niej wieści, że już się ona tworzy.

    – Trafić do konspiracji to był wielki zaszczyt, wyróżnienie, a nawet szczęście – mówi dzisiaj pani Wanda.

    W końcu po wielu zabiegach dotarła do siatki konspiracyjnej. Punktem kon-spiracyjnym było pobliskie nadleśnic-two, organizował się oddział „Kmicica”, ppor. Antoniego Burzyńskiego, oneg-daj ucznia święciańskiego gimnazjum. Przyszedł ten ważny dzień, kiedy złożyła przysięgę wojskową. Przysięgę przyjął Władysław Błażewicz „Świt”. Otrzymała pseudonim „Basia”. Mówiła wtedy:

    W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny, Królowej Ko-rony Polskiej, kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak męki i zbawienia i przysię-gam, że będę wiernie i nieugięcie stała na straży honoru Polski, a o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć będę ze wszystkich sił moich, aż do ofiary mego życia.

    „Basia” dostała pierwsze zadania – m.in. rozpoznanie sytuacji w poli-cji w Duniłowiczach. Wkrótce okazało się czemu miało służyć to rozpozna-nie, oczywiście nie tylko jednej „Basi”. W nocy z pierwszego na drugiego sierp-nia 1943 roku „Basia” wzięła udział w akcji na Duniłowicze tworzącego się oddziału „Kmicica”.

    Akcję przygotowali bracia Błaże-wiczowie – „Świt” i „Budzik”. Atak na posterunek żandarmerii prowadził Mie-czysław Kitkiewicz „Kitek”, późniejszy żołnierz „Łupaszki”. Zlikwidowano kilku Niemców i konfidentów. Zdobyto broń i zaopatrzenie. W czasie akcji rozmowy były prowadzone w języku rosyjskim, by uniknąć represji wobec ludności. Do Brygady „Kmicica” wstąpili prawie wszyscy policjanci, a także wielu pra-cowników nadleśnictwa, m.in. kolega „Basi” z gimnazjum, Jurek Lejkowski ps. „Szpagat”.

    Zadaniem „Basi” było zarekwirowa-nie narzędzi lekarskich z przychodni, ma-teriałów opatrunkowych, aptekarskich. Nie miała z tym żadnego kłopotu, bo wszystko zostało już wcześniej przygoto-wane, spakowane. Z miasteczka uciekała furmanką prowadzoną przez jednego z partyzantów. Duniłowicze płonęły, pło-nął też drewniany most. Udało im się

    przejechać w ostatniej chwili, kiedy ję-zyki ognia ogarniały już furmankę. Nad jeziorem Narocz czekały na nich przygo-towane partyzanckie bazy, jedna, w której mieszkali partyzanci, a druga, nieopodal, baza gospodarcza, medyczna. Rozległe lasy, niedostępne bagna, moczary w rejo-nie jeziora stwarzały doskonałe warunki do działalności partyzanckiej.

    Niemal już drugiego dnia pobytu rozpoczęły się intensywne szkolenia sa-nitarne, medyczne, wojskowe. Przełożoną sanitariuszek była siostra zakonna Pta-szyńska. Oprócz „Basi” szkoliły się: Bron-ka Audycka ps. „Bronka”, Grażyna Pie-karska ps. „Grażyna”, Lidia Lwow „Lala” (późniejsza narzeczona „Łupaszki”), „Da-nuta”, „Poziomka”. Szkoliła się Janka Wa-siłojciówna ps. „Jachna” (późniejsza żona legendarnego partyzanta Leona Smoleń-skiego ps. „Zeus”). „Jachna” poszła do oddziału „Kmicica” razem z rodzicami,

    jej ojciec, Wiktor Wasiłojć, był szefem bazy gospodarczej. Dziewczęta mieszkały w namiocie wojskowym, dla rannych zo-stał zbudowany z drewnianych beleczek niewielki domek.

    Oddział „Kmicica” po akcji na Duni-łowicze liczył już ponad 150 ludzi. Inne akcje przeprowadzone przez wileńskich partyzantów, to m.in. rozbicie posterun-ku żandarmerii w Kobylniku, rozbrojenie garnizonu niemieckiego w Żodziszkach.

    Jakież było zaskoczenie 23 sierpnia 1943 roku, akurat w dniu urodzin „Basi”, kiedy rano tego dnia obóz został otoczo-ny przez sowieckich partyzantów. Stał żołnierz przy żołnierzu z wymierzonym karabinem. Sowieci mieli swoją party-zancką bazę niedaleko polskiej, ledwie

    oddaloną o 3 kilometry, zdarzały się wspólne akcje przeciwko Niemcom. Do-wódcą sowieckiej 1. Wileńskiej Brygady Partyzanckiej był Fiodor Markow, kolega „Kmicica” ze Święcian (razem chodzili do gimnazjum, a później do seminarium nauczycielskiego), Rosjanin, przedwo-jenny komunista. Jak się później „Basia” dowiedziała, „Kmicic” był często prze-strzegany przez dowództwo AK, m.in. majora Stefana Świechowskiego „Suli-mę”, za nazbyt bliskie kontakty z Marko-wem, za zbyt daleko posunięte zaufanie. Sowieci pierwszą nadarzającą się okazję wykorzystali z premedytacją – zamordo-wali z zimną krwią prawie 80 polskich partyzantów, członków podziemia. Zo-stał także zabity „Kmicic”.

    – Sowieci poinformowali nas – wspomina pani Wanda – że od tej pory nasz oddział będzie nosił imię Bartosza Głowackiego, że zostajemy podporząd-kowani Związkowi Patriotów Polskich w Moskwie, któremu przewodniczy m.in. Wanda Wasilewska.

    Nie było dnia aby z obozu nie ucie-kali polscy partyzanci. Wielu przyłączyło się do tworzącej się wówczas V Bryga-dy Wileńskiej AK, zwanej też Brygadą Śmierci, majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. „Basia” z koleżankami – sa-nitariuszkami też myślała nad sposobem ucieczki. W końcu powiedziały sowiec-kim bojcom, że nie mają ciepłej odzieży, a zbliża się jesień, więc muszą przynieść ją sobie z domów. Sowieci chyba nie wyczu-li żadnego podstępu, bo wydali wszyst-kim sanitariuszkom przepustki – wąskie paski papieru z okrągłymi sowieckimi pieczęciami. Siostra zakonna Ptaszyńska dostała nawet na drogę krowę.

    W Wilnie

    „Basia” postanowiła jak najszybciej dotrzeć do Wilna i tam szukać kontak-tu z podziemiem. Dziewczęta rozdzieliły się, by w grupie nie wzbudzać podejrzeń niemieckich i litewskich żandarmów. „Bronka” mieszkała niedaleko, więc skie-rowała się w stronę swojej rodzinnej wio-ski, „Lala” i „Jachna” już wkrótce trafiły do oddziału „Łupaszki”. Do „Basi” do-łączyła „Grażyna”. Szybko miały okazję przekonać się jak sprawnie działa w te-renie siatka konspiracyjna AK. Łącznicy przekazywali sobie sanitariuszki prowa-dząc je z jednej wioski do drugiej. Aku-rat na wsiach trwały wykopki ziemnia-ków, spotykały często ludzi pracujących w polu. Tu i ówdzie snuł się po polach dym palonych ognisk. Nocowały zazwy-czaj u sołtysów, na dłużej zatrzymały się w majątku państwa Soroków.

    Wilno, Ostra Brama, lata 30. XX stulecia. Fot. Jan Bułhak.

  • 8 DEBATA Numer 3 (54) 2012

    Niestety, któregoś dnia zabrakło szczęścia. Zostały zatrzymane przez żan-darmów litewskich wraz z podróżujący-mi wspólnie małżeństwem i studentem z Wilna. Litwini przekazali całą pięcio-osobową grupę Niemcom w Miadzio-le. Po kilkudniowym areszcie „Basia” z „Grażyną” zostały zapakowane razem z liczną rzeszą Polaków do pociągu, któ-rego wagony stanowiły tzw. cielętniki, odkryte wagony, służące do przewoże-nia bydła. Transport był pilnie strzeżony przez niemieckich żołnierzy. Kiedy po-ciąg zatrzymał się na jakiejś dużej stacji kolejowej towarowej, pełnej torowisk, dziewczęta zdecydowały się na ucieczkę. Szczęśliwie żaden ze strzałów oddanych w stronę uciekających dziewczyn nie okazał się celny. Wiele pomógł w uciecz-ce polski kolejarz. Stacja kolejowa okaza-ła się przedmieściami Wilna. Po pewnym czasie dziewczęta zdecydowały się roz-stać. „Basi” udało się odnaleźć w Wilnie ciotkę, która ulokowała ją w jakiejś sto-dole wypełnionej sianem. W międzycza-sie została zawiadomiona wileńska siatka konspiracyjna.

    Do Wilna przywożeni byli ranni par-tyzanci z terenu, którzy wymagali specja-listycznej opieki lekarskiej, medycznej, a nie tylko doraźnej pomocy sanitarnej. Rannych umieszczano w prywatnych do-mach, mieszkaniach. Zazwyczaj po połu-dniu rannymi zajmowały się dziewczyny – studentki. Byli też tacy chorzy, którzy potrzebowali całodobowej opieki, „Basi” powierzono właśnie takich chorych. Najpierw, w połowie marca 1944 roku, trafiła do państwa Maliszewskich, pierw-szym jej pacjentem był major Stefan Świechowski „Sulima”. Dostał postrzał w płuco. Przyjeżdżał do niego doktor Jan Janowicz, późniejszy lekarz w Olsztynie. Wybitny chirurg, urolog. Powoli „Suli-ma” zaczął wstawać i z pomocą „Basi” chodzić. Któregoś dnia na ulicy przed domem pojawili się żandarmi.

    – Krzyknęłam tylko: policja! I każ-dy z domowników robił to, co do niego należało – wspomina tamtą historię była partyzancka sanitariuszka. Nikt nie wpa-dał w panikę. W domu znajdowało się przecież łóżko rannego, opatrunki, na-rzędzia, należało jak najszybciej wszyst-ko to ukryć przed ewentualnymi niepro-szonymi gośćmi.

    „Basia” wzięła „Sulimę” pod ramię i wyszli razem przez rzadko używane drzwi ganku na ulicę. Na szczęście klucz znajdował się w zamku drzwi. Wmieszali się w tłum przechodniów, po czym po-szli nad Wilię. Tutaj, daleko już od domu, przesiedzieli na ławce nad rzeką niemal cały dzień. Major „Sulima” był poetą,

    dwa ze swoich wierszy poświęcił „Basi”. Zachowała je do dzisiaj w swoim domo-wym archiwum. Dopiero o zmroku udali się na miejsce kontaktowe. „Sulima” po-został w nowym punkcie kontaktowym, a „Basię” przeniesiono do dzielnicy Pia-ski. Tutaj opiekowała się rannym party-zantem ps. „Gałązka”, prawdopodobnie był to Eugeniusz Pogorzelski, żołnierz szwadronów „Łupaszki”. W nocy przyje-chał doktor Janowicz, „Gałązka” gorącz-kował, jego stan był ciężki. „Basia” po raz pierwszy asystowała lekarzowi przy wyj-mowaniu kuli rannemu.

    Kilka razy kobieca intuicja rato-wała jej życie i życie bliskich – tak też było któregoś wieczoru na wileńskich Piaskach. Coś ją tknęło – odchyliła zasłonę w oknie. Dom był otoczony. W ciemnościach pobłyskiwały światełka latarek. „Basia” dała sygnał rodzinie. Oj-ciec stanął przy drzwiach wejściowych, rozmawiał z tymi, którzy chcieli wejść do domu, matka z córką likwidowały ślady po rannym partyzancie. „Basia” niewie-le zastanawiając się wzięła rannego na plecy i powoli zeszła z nim po wąskiej i stromej drabinie do piwnicy.

    – Do dzisiaj zastanawiam się skąd miałam wtedy tę siłę i energię, by znieść ciężko chorego po szczebelkach drabiny – mówi ze wzruszeniem. Po tej drabinie trudno było zejść jednej osobie, a co mó-wić, z rannym człowiekiem. Tam była już wcześniej przygotowana jedna piwnicz-ka z łóżkiem. Ciocia świecą oświetlała mi drogę, żebym mogła wejść z rannym. Przy drzwiach do piwniczki stała szafa, którą ciocia na koniec dosunęła. Słysza-łyśmy na górze tupot buciorów, w końcu i w piwnicy zadudniły kroki. Przeszukali cały dom. Dopiero kiedy z hukiem trza-snęły drzwi wejściowe domu i zapadła cisza, odetchnęłam z ulgą.

    Kilka dni „Basia” przesiedziała przy rannym „Gałązce” w piwnicy. Nie oszczę-dził sanitariuszki wielki szczur, który ugryzł ją w nogę. Po pewnym czasie, kie-dy „Gałązka” zaczął wracać do zdrowia, „Basię” przeniesiono do innego domu. To był biedny dom, biedna rodzina, ale niezwykle patriotyczna. Sień założona była od dołu do góry drewnem do pale-nia. W jednej izbie mieszkało kilka osób. Sanitariuszka siedziała przy rannym na krześle. Któregoś dnia do domu zaszli żandarmi, ale kiedy zobaczyli sień zawa-loną drewnem i wąziutkie jedynie przej-ście, ubogie wnętrze, szybko wycofali się i poszli sobie. Nawet nie pofatygowali się żeby popatrzeć bardziej bacznie. Stamtąd „Basia” została zabrana na Antokol. Tam zamieszkała u siostry o dziwnym pseu-donimie „P.O”.

    „Burza”

    W czerwcu 1944 roku, w czasie akcji „Burza”, trafiają z siostrą „P.O” do majątku Onżadów. Tutaj, w tzw. Czołówce Sanitar-nej nr 1, czyli ruchomym chirurgicznym szpitalu polowym, który mógł być roz-winięty w każdym miejscu, w zależności od sytuacji na polu walki, opiekuje się rannymi partyzantami. W lipcu zmienia-ją miejsce polowego szpitala. Przywożeni są ranni żołnierze z akcji „Ostra Brama”. W połowie lipca przychodzi rozkaz mo-bilizacyjny. Wszyscy żołnierze mają się stawić 17 lipca 1944 roku na koncentra-cji w Miednikach Królewskich w Pusz-czy Rudnickiej. „Basia” zabiera się razem z partyzantami 3. Brygady AK por. Gra-cjana Froga „Szczerbca”, którzy ochraniali szpital polowy. Na wozy zostaje załado-wany sprzęt wojskowy. Jedzie jednym z wozów. Kiedy dostrzega drogowskaz z napisem Wilno, bez wahania zeskakuje

    Zachowany gryps „Basi”. Archiwum Wandy Bortkiewicz

  • 9DEBATA Numer 3 (54) 2012

    z furmanki. I znowu ratuje ją kobieca in-tuicja, a może chroni ją opatrzność Matki Boskiej Ostrobramskiej, do której często modliła się. Później dowiedziała się, że polscy żołnierze AK wraz z niemal całym dowództwem okręgu wileńskiego, zostali aresztowani i rozbrojeni w Miednikach przez Sowietów – ci, którzy nie zgodzili się wstąpić do armii Berlinga utworzonej przez Stalina, zostali wywiezieni do Ka-ługi, do łagrów, w głąb Związku Sowie-ckiego. Wielu zostało zamordowanych, nie powróciło z nieludzkiej ziemi. Jedynie „Łupaszko” nie dał się zwieść podstępowi Sowietów – nie poświęcił żołnierzy w wal-kach o Wilno, nie pojechał też z żołnierza-mi V Brygady na koncentrację oddziałów wileńskich AK. Wiedział, że Sowietom, komunistom nigdy nie należy ufać.

    „Basia” pieszo dotarła do Wilna. Mia-ła dużo szczęścia, bo trafiła na przedmie-ście Wilna, gdzie mieszkała matka przy-jaciół z Duniłowicz, rodzina profesora Siedlara, rozstrzelanego przez Sowietów na oczach całej rodziny. W domu prze-bywało dużo różnych wojennych rozbit-ków, uciekinierów, nie było gdzie spać. Spała na krawędzi łóżka. Większym jed-nak problemem był brak jedzenia. Pani Siedlarowa cudem zdobywała mąkę, pie-kła chleb.

    Wkrótce „Basia” zaangażowała się do pracy w wileńskim Szpitalu Czerwo-nego Krzyża przy ulicy Mostowej. Tutaj po likwidacji szpitali polowych trafiali ranni żołnierze z oddziałów AK. Dy-

    rektorem szpitala był słynny chirurg, dr Zdzisław Kieturakis, późniejszy profe-sor Akademii Medycznej w Gdańsku. (W latach 60. krążyło w Gdańsku na-stępujące powiedzenie: „jak ci przyłożę, to nawet cię Kieturakis nie poskłada”). W nocy odbywały się operacje, z którymi w terenie nie można było sobie poradzić, po operacjach odsyłano żołnierzy na re-konwalescencje do prywatnych domów w Wilnie. Doktor Kieturakis skierował „Basię” od razu na oddział, o nic nawet nie pytając. Pełniła, tak jak inne pielę-gniarki dyżury, jej umiejętności nabyte w czasie ostatnich miesięcy nie różniły się od umiejętności zawodowych pielęgnia-rek – wykonywała zastrzyki, robiła opa-trunki, asystowała też przy operacjach.

    – Jednym z najtrudniejszych dni w szpitalu był dzień bombardowania Wilna, dworca kolejowego w Wilnie – nie kryje wzruszenia jeszcze po latach pani Wanda. – Lżej ranni zeszli do piw-nic, a tym ciężko rannym śpiewałyśmy piosenki, musiałyśmy dodawać im od-wagi i otuchy, udawać, że się nie boimy, ale sytuacja była mało wesoła.

    Co pewien czas „Basia” chodziła modlić się do Ostrej Bramy. Dużo lu-dzi wtedy tam przychodziło. Jakaż była wielka radość, kiedy spotkała tam mo-dlącą się matkę. Kobieta przyjechała do Wilna szukać córki. Pojechały razem do Święcian. Jakiś czas „Basia” pracowała w Święcianach w szpitalu. Rodzina była szczęśliwa, że udało się wszystkim odna-

    leźć, mimo strasznej zawieruchy wojen-nej, dziejowej.

    Sytuacja na Kresach stawała się nie do zniesienia. Każdego dnia można było się spodziewać aresztowania, wywiezienia do łagru. Czuło się wszechogarniający ter-ror, strach. W końcu rodzina postanowiła z ciężkim sercem opuścić rodzinne strony. Zdecydowali się wyjechać.

    nowe miejsca na ziemi

    Jesienią 1945 roku z przygodami docierają do Olsztyna. Ktoś z rodziny poszedł do miasta zorientować się co to za miasto, reszta czekała na dworcu. Ostatecznie zdecydowali się pojechać do pobliskiego Morąga, gdzie zamieszkał kolega brata „Basi” z rodziną. Zamiesz-kali w domu, w którym na dole mieścił się Państwowy Urząd Repatriacyjny. Największym marzeniem „Basi” było kontynuowanie nauki, nie wyobrażała sobie, że może wykonywać inny zawód niż pielęgniarki. Wyjechała do Gdań-ska, zamieszkała w akademiku Akademii Medycznej. Podjęła naukę w szkole pielę-gniarsko – położniczej.

    W Gdańsku spotyka przyjaciół z par-tyzantki od „Kimicica” i od „Łupaszki –„Szpagata”, „Żelaznego”, „Zagończyka”. Dowiaduje się, że konspiracja działała nadal. Bez wahania przystępuje do pra-cy konspiracyjnej. Zostaje łączniczką V Brygady Wileńskiej AK „Łupaszki”. Codziennie zjawia się o trzeciej w ka-plicy akademickiej w Gdańsku przy uli-cy Marii Curie – Skłodowskiej. Jest to punkt kontaktowy żołnierzy „Łupaszki”. „Basia” przenosi różne materiały, grypsy.

    Po trzech miesiącach dostaje nowe zadania od organizacji – wraca do Morą-ga. V Brygada zamierza rozszerzać swoją działalność bojową, operacyjną na Powi-ślu, na terenie byłych Prus Wschodnich, Mazurach, Warmii, w związku z tym partyzanci muszą otrzymać wsparcie w postaci punktów kontaktowych. Owe punkty stanowią dla organizacji wileń-skiej ogniwa sieci łączności, punkty sa-nitarne, lokale noclegowe dla kurierów, także stanowią wsparcie finansowe. Wio-sną 1946 roku „Basia” tworzy taki punkt w Morągu. Podobne powstają m.in. w Olsztynie u Norberta Szymanowicza „Stopki”, w Kętrzynie u Jana Żuka, w Pa-słęku u Kazimierza Rąbalskiego, w Suszu u elektrotechnika, w majątkach Czernin u Ottomara Zielke, Polaszki u Józefa Preussa, Klecewo, Marcinkowo u Wikto-ra Cichonia, w Nowej Wsi u leśniczego Kowalskiego. Punkty kontaktowe two-rzone są przede wszystkim przez ppor. Zygmunta Selmanowicza „Zagończy-

    Gryps, który „Basia” otrzymała od Reginy Żelińskiej – Mordas ps. „Regina” w więzieniu olsztyńskim. Ar-chiwum Wandy Bortkiewicz

  • 10 DEBATA Numer 3 (54) 2012

    ka”, Reginę Żelińską „Reginę”, wachm. Wacława Beynara „Orszaka”, „Czarnego Wacka”.

    Z „Basią” najczęściej kontaktują się Jurek Lejkowski „Szpagat” oraz „Wacek”. „Basia” pracuje w morąskim szpitalu, większość personelu stanowią osoby związane jeszcze niedawno z AK. Do „Basi” docierają chorzy partyzanci wy-magający pomocy medycznej.

    23 czerwca przyjechał do „Basi” Jurek Lejkowski „Szpagat”. Ma potwornie bo-lącą rękę – w czasie akcji szpicel uderzył go jakimś narzędziem w rękę, że pękły w niej kostki. Na zapleczu morąskiego szpi-tala założono mu na rękę gips i temblak. Noc z 23 na 24 czerwca „Szpagat” spędził w mieszkaniu państwa Czyżewskich w Morągu. Rannym pociągiem o godz. 6.00 pojechał do Olsztyna. W międzyczasie w Olsztynie dwóch żołnierzy „Łupasz-ki” pracujących przy radiostacji zosta-je namierzonych przez ubeków. Jeden z partyzantów likwiduje materiały kon-spiracyjne z radiostacji, a drugi ucieka przez okno. Nieszczęśliwie zahacza ręką o metalowe ogrodzenie. Rani sobie rękę. Ubecy widzą uciekającego żołnierza, ale nie w stanie go zatrzymać. Partyzant do-tarł do morąskiego punktu kontaktowe-go, do „Basi”. Ta przekazała rannego do księdza na plebanię. Tam był bardziej bezpieczny.

    24 czerwca „Szpagat” poszedł w Olsztynie do państwa Selmanowiczów, rodziny „Zagończyka”. Tutaj kuruje swo-ją rękę. 6 lipca ubecy zakładają w miesz-kaniu Selmanowiczów kocioł. Wygarnia-ją wszystkich przychodzących. „Szpagat” zostawił u „Basi” cały pakiet dokumen-tów, papierów, które miała zawieźć naj-

    pierw do Ostródy, a z Ostródy do Sta-rych Jabłonek. W Starych Jabłonkach miał być punkt kontaktowy. „Szpagat” robi rzecz niewiarygodną – przez ubeka przesyła „Basi” z aresztu gryps następu-jącej treści: „Wandziu, nie jedź do mojej siostry”. Był pewien, że „Basia” właściwie zrozumie ten zakamuflowany gryps –

    dziewczyna rzeczywiście domyśla się, że należy jak najszybciej ukryć dokumenty. 8 lipca ubecy zakładają kocioł w miesz-kaniu państwa Czyżewskich w Morągu. W ciągu trzech dni wygarniają prawie trzydzieści osób, w tym księdza probosz-cza ojca Muzykę. W mieszkaniu robią kipisz, odnajdują jedyny majątek rodzi-ny Czyżewskich, jaki ocalał z wojennej

    pożogi – zaszyte w pasach złote carskie rublówki. Ocalała jedna jedyna, chyba przez przypadek, i kiedy „Basia” w roku 1950 wychodziła za mąż, ta moneta sta-nowiła jej posag.

    Więzienie, proces

    „Basia” została zabrana w eskorcie ubeków samochodem do Olsztyna. Jak groźny bandyta całą drogę spędziła le-żąc na podłodze samochodu. – „Witaj Basieńko, pół roku na ciebie czekałem” – została przywitana przez śledczego w areszcie. Przez pierwsze trzy doby trwa-ło intensywne śledztwo, zmieniali się tylko funkcjonariusze. Nie podawali jej żadnego posiłku. Cały czas pytali o „pa-piery”. W końcu chyba już sami śledczy mieli dość, bo dziewczyna milczała jak zaklęta. – „A może spaliłaś te papiery?” – podsuwał jej odpowiedź zniecierpli-wiony ubek.

    Przez trzy miesiące przebywała w izolatce na męskim oddziale. Nie dała się zmiękczyć, nikogo z kolegów, koleżanek nie zasypała. Później została przenie-siona do celi kobiecej, tutaj spotkała się między innymi z siostrami Selmanowi-czównami. Nie zapomni do końca życia sytuacji, kiedy któraś z kobiet w celi ro-dziła. Waliły w drzwi, krzyczały, prosiły o pomoc, nikt jednak nie reagował. W celi siedziało 5–6 kobiet.

    Nadzorcą klawiszy był niejaki Dec. Kiedy dowiedział się, że sweterek, któ-ry „Basia” miała na sobie, zrobiła sama dziewczyna, przyniósł włóczkę, druty i poprosił o podobny dla żony. Kilka razy prosił o zrobienie jakichś swetrów. „Basia” cieszyła się, bo miała zajęcie i szybciej pły-nął czas. Do dzisiaj pani Wanda nie potra-fi zrozumieć motywów zachowania Deca, ale bywało że kazał strażnikom pozostać na korytarzu, a sam podrzucał ukradkiem kostkę masła, kawałek wędliny, a nawet chleb z grypsami od kolegów.

    Rozprawa sądowa trwała tydzień, odbywała się w ratuszu miejskim. 9 maja 1947 roku ogłoszony został wyrok. „Ba-sia” została uniewinniona. Jeszcze dzisiaj brzmią pani Wandzie w uszach słowa sędziego: „wprawdzie sąd nie daje wiary oskarżonej, ale z powodu braku dowo-dów jest uniewinniona”. Był to najwięk-szy proces grupowy Wojskowego Sądu Rejonowego w Olsztynie – dotyczył siedmiu członków i dziewięciu współ-pracowników V Brygady Wileńskiej AK „Łupaszki”. Tylko trójka z oskarżonych: Jerzy Lejkowski „Szpagat”, Tadeusz Ma-jewski „Tadek” i Józef Stolnik „Skiba” brała udział w akcjach bojowych szwa-dronów „Łupaszki”. Dwie osoby zostały

    Wanda Czyżewska w dwa lata po wyjściu z więzienia. Sierpień 1949 rok. Archiwum Wandy Bortkiewicz

    Więzienny prezent imieninowy dla Mamy od Wandy.

    Archiwum Wandy Bortkiewicz

  • 11DEBATA Numer 3 (54) 2012

    uniewinnione, wobec dwóch postępo-wanie karne umorzono, sześciu osobom orzeczone kary poniżej 5 lat darowano na podstawie amnestii z 22 lutego 1947 roku. Trzy osoby, po zastosowaniu usta-wy amnestyjnej, skazano na kary zasad-nicze 3 lat pozbawienia wolności. Jerzy Lejkowski, Tadeusz Majewski i Józef Stolnik skazani zostali na karę śmierci oraz utratę praw publicznych i obywa-telskich praw honorowych na zawsze. Na mocy ustawy o amnestii z 22 lutego 1947 roku wyrok zmniejszono do 15 lat więzienia.

    Nie dane jednak było „Basi” 9 maja 1947 roku od razu znaleźć się w domu w Morągu. Po odczytaniu wyroku kobie-ty zostały przewiezione do poniemiec-kiego mieszkania, które przedstawiało

    straszny widok. Musiały je wysprzątać, uprać bieliznę i dopiero wieczorem któ-ryś z ubeków warknął: „jesteście wolne”. Nomen omen „Basia” odzyskiwała „wol-ność” w tzw. dniu zwycięstwa, 9 maja, szczególnie uroczyście obchodzonym w komunistycznej Polsce. Dla żołnierzy wyklętych, dla wielu milionów Polaków marzących o niepodległym państwie, to święto było szyderstwem.

    Po latach

    Po wyjściu z więzienia pani Wanda ukończyła szkołę dla pielęgniarek i po-łożnych w Białymstoku. W roku 1950 wyszła za mąż za doktora Ludwika Bort-kiewicza, ślub dawał im ojciec Muzyka. W posagu od mamy otrzymała wspo-

    mnianą już złotą rublówkę, pamiątkę po ojcu. W roku 1961 przeprowadzają się z mężem do Ostródy. Wspólnie wy-chowują czworo dzieci, wszystkim za-pewniają dobre, wyższe wykształcenie. W roku 1984 umiera mąż pani Wandy, doktor Ludwik Bortkiewicz, bardzo sza-nowany i ceniony lekarz.

    W roku 1985 pani Wanda Bort-kiewicz nawiązuje pierwsze kontakty z dawnymi przyjaciółmi od „Kmicica” i „Łupaszki”. Spotykają się przynaj-mniej raz w roku w kościele św. Brygidy w Gdańsku u ks. Henryka Jankowskie-go. Odżywają wspomnienia. Utrzymuje szczególnie serdeczne stosunki z „Jach-ną”, czyli Janiną Wasiłojć-Smoleńską, z Grażyną Cisz (z domu Piekarską, cór-ką lekarza z Postaw), z którymi była

    u „Kmicica”. Bardzo cieszą ją rozmowy ze „Szpagatem”, czyli Jerzym Lejkow-skim. Kiedy ten w 1992 roku umierał na raka płuc pisał do pani Wandy: „całe życie byłem prawicowcem, a umieram na lewe płuco”. Dawny partyzant „Kmi-cica” i „Łupaszki” do końca swoich dni nie tracił dobrego humoru. Dzisiaj pani Wanda czuje się coraz bardziej osamot-niona. Nie żyje „Grażyna”, półtora roku temu zmarła w Szczecinie „Jachna”. Choć upłynęło wiele lat, to nadal używa pseudonimów przyjaciół, a nie ich praw-dziwych imion. Po roku 1989 pani Wan-da przystąpiła do Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Ostródzie, a także do Związku Więźniów Politycz-nych Okresu Stalinowskiego. Martwi ją, że nie ma już komu nosić sztandaru

    AK w czasie uroczystości państwowych, kościelnych. W Gdańsku już nie spoty-kają się żołnierze porucznika „Kmicica” i majora „Łupaszki”. Odchodzą w smugę cienia najodważniejsi z odważnych znad Naroczy.

    Pani Wandzie Bortkiewicz trudno jest ciągle uwierzyć, że sprawczynią wsyp w roku 1946 w Olsztynie i w wielu in-nych miejscowościach, w tym w Morągu u niej samej, była jedna z najbardziej za-ufanych osób „Łupaszki”, jego łącznicz-ka, Regina Żelińska Mordas ps. „Regina”. „Basia” otrzymała od „Reginy” gryps w więzieniu, który zachowała do dzisiaj. „Regina” spowodowała, że na przełomie czerwca i lipca 1946 roku w Olsztynie zostali aresztowani przez Urząd Bez-pieczeństwa Publicznego m.in. Antoni i Adam Możejko – 29 czerwca, Jerzy Lejkowski „Szpagat” – 6 lipca, Halina, Bogumiła i Norbert Szymanowiczowie – 6 lipca, Tadeusz Majewski „Tadek” – 10 lipca. „Basia” została aresztowana w Mo-rągu 8 lipca. „Regina” wydała na śmierć kilkudziesięciu żołnierzy „Łupaszki”, w tym m.in. sanitariuszkę Danusię Sie-dzikównę ps. „Inka”.

    *

    Pani Wanda ma duże wątpliwości, czy wartości, o które walczyli i za które ginęli żołnierze „Kmicica”, „Łupaszki”, są dzisiaj w Polsce doceniane. Ze smut-kiem obserwuje jak walczy się z Kościo-łem katolickim, z krzyżem, jak szydzi się z polskości, z patriotyzmu, a niepod-ległość zastępuje się jakimiś frazesami kosmopolitycznymi. Było mi przykro zostawiać panią Wandę z jej rozterkami o Polsce. Nie potrafiłem też nic sensow-nego powiedzieć, kiedy już żegnając się, powiedziała: – Proszę mi dać nadzieję, że w Polsce się zmieni.

    Przy pisaniu artykułu korzystałem z nastę-pujących książek:

    Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, „Łupaszka”, „Młot”, „Huzar”. Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK (1944–1952), Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2002

    Piotr Niwiński, Okręg Wileński AK w la-tach 1944–1948, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 1999.

    Wanda Bortkiewicz w rodzinnym domu w Ostródzie. Fot. Piotr Kardela

    dariusz Jarosiński

    Redaktor naczelny „Debaty”

    *