Anda Rottenberg - Prosz™ bardzo

  • View
    217

  • Download
    1

Embed Size (px)

DESCRIPTION

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2009 Wydanie I Warszawa 2009 (Tym, których nie ma) 2007 Depresja 9 10 11

Text of Anda Rottenberg - Prosz™ bardzo

  • C M Y CM MY CY CMY K

  • Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragmentpenej wersji caej publikacji.

    Aby przeczyta ten tytu w penej wersji kliknij tutaj.

    Niniejsza publikacja moe by kopiowana, oraz dowolnierozprowadzana tylko i wycznie w formie dostarczonej przezNetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na ktrym monanaby niniejszy tytu w penej wersji. Zabronione sjakiekolwiek zmiany w zawartoci publikacji bez pisemnej zgodyNetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania si jej od-sprzeday, zgodnie z regulaminem serwisu.

    Pena wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepieinternetowym Cyfrowa Ksigarnia.

  • Black

    C M Y CM MY CY CMY K

  • Black

    C M Y CM MY CY CMY K

  • Black

    C M Y CM MY CY CMY K

  • Copyright by Wydawnictwo W.A.B., 2009Wydanie I

    Warszawa 2009

  • (Tym, ktrych nie ma)

  • 2007

  • 9kwiecie

    Depresja

    Prawy nadgarstek w gipsie akurat na Wielkanoc zaplanowan terapeutycznie daleko od domu, nad zimnym Batykiem. Zamanie jest dobre na depresj. Nieoczekiwana leworczno przemieszcza uwag z penego motyli odka na teren zada elementarnych, takich jak mycie, wkadanie spodni, zapinanie guzikw, zasuwa-nie zamkw byskawicznych i wizanie sznurowade. Ta chwilowa niepenosprawno wyklucza mnie rwnie z praktycznego ycia, z tradycyjnej wielkanocnej krztaniny, i sprzyja nabieraniu przed-witecznej dobroci. Pamitam, jak Andrzej O. pod koniec lat siedemdziesitych, kiedy si jeszcze kolegowalimy, powtarza, e lubi, kiedy tak dobrze mwi o ludziach. Jak to si dzieje, e tak dobrze mwisz o ludziach? Przez dziesitki lat braam ich takimi, jakimi s. Z wadami i miesznostkami. A teraz nie umiem wyowi z pamici tego dnia, kiedy straciam t pobaliwo. T wspaniao-mylno. T tolerancj. Po pierwszym seansie nienawici? Podczas pierwszej leczonej depresji? Po pierwszym aresztowaniu mego syna, kiedy nie byo nikogo, kto chciaby mi pomc? Obudowana tablet-kami, zdrtwiaa od znieczulenia, tkwiam ju wwczas w kokonie niepenej obecnoci. Poranna pastylka szczcia, eby przey dzie. eby sprosta dyrektorskim zadaniom. Sta na podium i zapowia-da kolejne wystawy, a przedtem je planowa i realizowa, zabiega

  • 10

    o przychylno korowodu ministrw, o pienidze od sponsorw, o yczliwo artystw, krytykw i personelu. Bierze pani rodki, ktre daj moim pacjentom w szpitalu. Oni le w kach, a pani cay czas pracuje! mwia Grayna M., moja lekarka pierwszego kontaktu. Bo jeli nie praca to co? Naleao trzyma pion; z po-zycji poziomej mona si nie podnie po krtkim licie: Mamo, wiem, e po tym, co zrobiem, nie zechcesz mnie ju wicej widzie, ktry zastaam na stole po tym, jak mj syn wszed przez balkon na smym pitrze, a wyszed drzwiami, zostawiajc na pce akuratnie rozkrcony zamek. Tyle razy wychodzi, mylaam, a potem dzwoni albo pojawia si nagle z prob o pomoc. Czy uzna, e go wyl do wizienia na odwyk? e go zakapuj? Nie bya to przecie jego pierwsza kradzie, nie debiutowa w wynoszeniu z domu przedmio-tw zamienianych na spat podchodzcych do garda dugw albo po prostu na towar. Moe chodzio o to, e nieobecno tamtych innych rzeczy cenniejszych ksiek, artystycznych wydawnictw, te-nisowej rakiety, kamery, aparatu fotografi cznego, wiecznych pir czy paru banknotw nie rzucaa si natychmiast w oczy, nie bya tak demonstracyjna, jak nieobecno telewizora? Moe w gr wchodzi wstyd, resztki wstydu, wywoane trudnym do uchwycenia rozrnie-niem midzy cichym wziciem a spektakularnym wamaniem do domu wasnej matki?

    Musia wiedzie, e sprbuj zrozumie t determinacj, ale e jej nie zaakceptuj. Nie ze wzgldu na warto przedmiotw, straciam ich w yciu wiele, nie miay dla mnie znaczenia, ale z uwagi na jego wasn, ludzk warto. By bardzo inteligentny, mg przewidywa, e ju nie bd go namawia do nieludzkiego wysiku wydobywania si z uzalenienia, do kolejnego przejcia przez wszystkie, znane nam obydwojgu, bolesne stadia oczyszczania organizmu, a potem do trwajcej cae ycie, mczcej abstynencji. Mg pomyle, e wiem ju to, co sam wiedzia: e brak mu siy. Ju nie wierzy w wyleczenie, w to, e naprawd przestanie zatruwa swoje serce, swj mzg,

  • 11

    swj talent, swoje czowieczestwo, moe troch zanadto rozwinite, zbyt silnie odczuwane od samego dziecistwa. Zaistniao bardzo wiele przesanek, by pomyla, e nie zapamitaam tego, co mi kie-dy, duo wczeniej, powiedzia na temat syna marnotrawnego, jego ulubionej biblijnej przypowieci i ulubionego obrazu Rembrandta. Wraca do tego motywu kilkakrotnie, zapewne z nadziej na podob-nie szczliwy fi na, a potem uzna, e to wyrzuciam z pamici. Ale ja to pamitaam. Dlatego przez nastpne miesice i lata nie dopusz-czaam myli o ostatecznej moliwoci, take wwczas, gdy czujca aur kobieta dotkna zdjcia i powiedziaa twardo: On jest zimny. Korzystaam z magicznych metod, ktre kiedy indziej kwitowaa-bym pukaniem si w czoo. A przecie byam niemal pewna, e nie bdzie go mona zaliczy do statystycznego promila wyleczonych przypadkw; e jeli po roku przerwy w braniu nie potrafi wej w ycie rodzinne z dziewczyn i dzieckiem, ktrych potrzebowa, to moe take nie bdzie umia walczy o elementarn egzystencj nastawion ju tylko na zdobywanie towaru, a wic, e czeka go to, co przewiduje tragicznie banalny scenariusz ycia narkomana. Tra-gicznie banalny. Bez wzgldu na wszystkie starania. Bez wzgldu na wysokie IQ i rozbudowan osobowo, oczytanie i wraliwo na for-m. Na subtelno uczu. Albo wanie ze wzgldu na to wszystko.

    Wiedziaam na rozum, na podstawie statystyk, lektur, rachunku prawdopodobiestwa wiedziaam. Ale nie wierzyam. Pamitaam nasze rozmowy o synu marnotrawnym. Posusznie ogldaam zdj-cia podsuwane przez policjantw na ulicy Wilczej i za kadym razem z ulg stwierdzaam, e nie. Nie, nie, to nie on. Prosz mi pobra krew i zbada kod genetyczny. Prosz zadzwoni, kiedy bdziecie mieli pewno, e to mj syn. A teraz, po dziesiciu latach letargu, jakiej niemoliwej do wyjanienia hibernacji mzgu, nagle zaprag-nam dowodw. Zapragnam zakoczy ten rozdzia, zamkn go wreszcie, jak zamykam ycie ojca, ycie mamy, ycie mojej nieznanej rodziny z obu tajemniczych linii. eby tylko pastylki szczcia nie

  • znieczuliy mnie znowu na empati. eby odzyska troch dobro-ci, ktrej le lokowany nadmiar sta si przyczyn tylu nieszcz. (Tak mi si wydaje, e mona tu mwi o le lokowanym nadmiarze i braku umiejtnoci; waciwie o niezdolnoci.) eby wysili pami wasnego dziecistwa, ktra pomoe mi zrozumie, dlaczego zrobi-am swemu dziecku to wszystko, co si okrela mianem toksycznego wychowania.

  • 13

    Bezradno

    Ledwie zaczynam, a ju wpadam w bezradno. Nie umiem ro-bi wypisw z pamici. Nie potrafi artykuowa przeszoci: odtwa-rza faktw, rekonstruowa myli, opowiada o uczuciach. Rozlewne opowiadanie domaga si fi kcji. Narracja wymaga wartkiej akcji, barwnego opisu, celnej charakterystyki i ywego dialogu; setki stron mijania si z prawd, bo prawda popsuje form i zamie zasad budo-wy utworu. Prawda jest bezforemna, a przez to niewygodna, nie daje si wtoczy w rytm frazy, nie wpisuje si w ramy kompozycji inaczej ni jako fi kcja. A co z tym banaem codziennoci, co z cigiem nie-udanych przyjani i romansw, gdzie podzia niespenione marzenia i nudne wieczory, jak si przyzna do aosnych klsk zawodowych, fi nansowych i rodzinnych? Nie kade ycie warte jest romansu, chy-ba e potrafi si je troch ubarwi. Ale ja nie potrafi zmyla. Setki stron powiconych sztuce byy prb opisywania fenomenu innej rzeczywistoci. Poniekd realnej, cho przecie prawda sztuki te jest fi kcj, czyta si j jak ksik i komentuje jak ksik. Z prawd ycia jest inaczej. Miliony chwil, najczciej bahych dla innych i po latach take dla nas samych, zdarze podobnych do siebie i z sob nieporwnywalnych zapada w niepami, poniewa nie otrzymay waciwej formy. ycie jest form istnienia biaka, ale w kominie co czasem zaka. Istnienie biaka jest nieciekawe tak dugo, jak dugo

  • 14

    nie towarzyszy mu kanie w kominie. To ono budzi zaciekawienie, nie fakt czyich narodzin i mierci. Chyba e faktom tym towarzysz wyjtkowe, warte odnotowania okolicznoci i to one s przedmio-tem narracji. Czy jednak wystarczy si urodzi w dziwnej sytuacji, by zaciekawi kronikarza? Nawet tego warunku nie speniam.

    Urodziam si w sposb banalny, typowy dla mojego pokole-nia, nieobarczonego pamici wojny, ale wojn naznaczonego przez generacj rodzicw i nauczycieli tych wszystkich okaleczonych dorosych, ktrzy bardzo nie chcieli, bymy dowiadczyli tego same-go, czego oni dowiadczy musieli, a poniewa teraz ju wiedzieli wicej, robili wszystko, by nas przed tym strasznym dowiadczeniem uchroni. Z tego punktu widzenia cae moje ycie jest przypadkiem typowym. Jak opowiedzie o tej typowoci? O typowych szkoach i ty-powych nauczycielach, typowych ubraniach i typowych produktach masowego ywienia. O tacach i piosenkach piewanych od Batyku do Tatr. O wydarzeniach powoli ruszajcych z posad typowy wiato-pogld. I jak wyuska z tej typowoci pojedyncze istnienie, pars pro toto pierwszego pokolenia w caej historii nowoytnej Europy, ktre nie zaznao prawdziwej wojny, ale wyroso w jej mrocznym cieniu i jako nie umie z tego cienia wyj na wiato? Pokolenia, na kt-rym eksperymentowano marszowy krok do przodu, bez ogldania si wstecz, na rodzinne korzenie i groby, i ktre dopiero po mierci swoich bliskich rusza w przeszo, by speni zalegy obowizek, cho niewiele ju pozostao do uratowania, bo korzenie obumieraj, a groby milcz. Pozostaje odrobina wiadectw i pami dzi ju wasna, ale przejta z drugiej rki, od tych, ktrzy pamitali lepiej i dokadniej, nie mwili jednak wszystkiego albo mwili chaotycz-nie, albo ich nie suchalimy.

    To tylko jedna strona. Drug jest ustawicznie doznawana osob-no, inno niepozwalajca na identyfi kacj ani z grup rwie-nicz, ani polityczn, ani wyznaniow, ani wreszcie narodow. Przynajmniej nie w peni i nie do koca, co moe wzbogaca, ale te

  • doskwiera i ostatecznie ksztatuje niespjn, rozchwian osobowo, determinuje yciorys. Jeli